
Powieść Margaret Atwood
wydana po raz pierwszy w 1996 roku została oparta na prawdziwych wydarzeniach.
Kanadyjska powieściopisarka włożyła do czarno-białej historii tyle dynamiki,
obrazowości, szczegółów, a przede wszystkim tyle fikcji, tak umiejętnie skonstruowała
fabułę i postaci, że czytelnik nie może się oderwać. Nie zaszkodzi wprost
stwierdzić, że główną wadą Grace i Grace
jest to, iż, jako wabik zagrażający wypełnianiu innych obowiązków, staje się niebezpiecznym, tymczasowym
nałogiem w ręku czytelnika. A w cięższych przypadkach, podatnych na uzależnienia,
mógłby doprowadzić do sytuacji podobnej tej:
„Opowiadała mi o tym
pewna stara nauczycielka. W pierwszych latach naszego wieku objęła ona posadę
na zapadłej wsi w zachodniej Serbii. Prowadziła również wiejską bibliotekę i
wypożyczała chłopom książki do czytania. Pewnego dnia przybiegła do niej
zrozpaczona chłopka z pretensją: <<Na miłość boską, nauczycielko, cóż to
za książki dałaś mojemu mężowi? Zupełnie zwariował! Czas brać się do pracy, a
on wstaje wczesnym rankiem, książkę pod pachę i – pod gruszkę. O wszystkim
zapomniał, o domu, o bydle, o pracy. Zupełnie mi chłop zwariował!>>
Nauczycielka nie wiedziała, co począć, ale chłop nie rozstał się z książkami,
dopóki ich nie przeczytał. Były to dwa tomy Ogniem
i mieczem.”[1].
Cały problem w tym, że Grace i Grace jest jak serial, ale z
pewnością nie polski - długi, wciągający, wielopostaciowy, wielowątkowy, z dozą
namiętności (w zasadzie tu przesadnie obrazowanej), a przede wszystkim kryje
tajemnicę, którą widz jak najszybciej chce poznać.
Początkowo wydaje się,
że kolejne przedstawione w powieści postaci są przedmiotem ośmieszania: oto
mamy m.in. wielebnego Verringera „o cienkiej i wyblakłej skórze i włosach, niefortunnie
małych i wydętych ustach – zupełnie jak u kijanki”, nie lepiej wygląda jego
gospodyni – „o twarzy jak sosnowa deska”; z kolei głowa pani Quennell
przypomina „srebrnego miniaturowego pudelka” – jakby autorka umyśliła sobie,
by koniecznie ośmieszyć każdą kolejną, na pewno drugoplanową postać. Z tłumu wyłamuje się m.in. Lydia i pani Humphrey
– ale obydwie osoby określa coś zgoła innego, z czym im nie do twarzy, więc
pominiemy to milczeniem. I wśród osób bezwadliwych znajdzie się podziwiana,
prawie nieskazitelna Grace i uczony. Tymczasem autorka miesza szyki tym,
którzy byli już pewni prawidłowego zakończenia, a wszelkie ubarwienia postaci zdają
się bardziej niż o przyjęciu konwencji bajki, świadczyć o niewątpliwym talencie Atwood
do tworzenia wielkich literackich malowideł uzupełnianych wszelkimi możliwymi
szczegółami. Jednak Atwood przede wszystkim zdaje się wskazywać na problem społeczny
kobiet żyjących w XIX wieku – często traktowanych gorzej niż płeć przeciwna, instrumentalnie, z jedną
albo żadną drogą wyboru. I raczej trudno uznać ten wniosek za bezpodstawny,
ponieważ autorkę uważa się feministyczną i, jak sama stwierdziła, sympatyzuje z
feminizmem.
[1] Djordje Żivanović, Sienkiewicz w literaturach serbskiej i chorwackiej, w: Henryk Sienkiewicz. Twórczość i
recepcja światowa, red. A. Piorunowa, K
Wyka, Kraków 1968, s. 377-378.
,