piątek, 30 stycznia 2026

Doris Lessing "Trawa śpiewa", Świat Książki Warszawa 2008

Może nawet w letnim polskim upale słychać śpiew trawy. A może taki dźwięk występuje tyko w Afryce, gdzie gorąco dochodzi do granic, przy których zielone kłoski aż proszą o odrobinę deszczu. Może jednak ta trawa, raczej już nie koloru soczystej zieleni, wydaje dźwięki śpiewu jedynie w świecie powieści Doris Lessing, a konkretnie w jednej o takim właśnie tytule: "Trawa śpiewa". Wyobrażam sobie, jak wraz z tą wołającą o wodę roślinnością śpiewa również Mary Turner, albo wręcz krzyczy w prośbie o odrobinę chłodu, o krople deszczu lub chociażby jakąkolwiek mżawkę. Czy afrykańskie upały to jedyny problem głównej bohaterki Mary, jaki pojawia się w powieści Lessing? Jej sytuacja wynika raczej z powziętych przez kobietę decyzji, które doprowadziły do jej zamieszkania wraz z mężem na jego farmie, na której życie różni się diametralnie od tego, jakie pani Turner dotąd prowadziła w mieście. Czy jej wybór okaże się tym, czego szukała w życiu? Czy afrykańska przestrzeń stanie się drugim domem kobiety? A może pułapką, z której nie ma ucieczki? "Trawa śpiewa" nawiązuje do kobiecych wyborów, tych najważniejszych, najtrudniejszych, czasem nie do końca przemyślanych lub wynikających z sytuacji, okoliczności, a nawet z pośredniego bądź bezpośredniego wpływu innych ludzi. I po podjęciu których bywa że, jak stwierdza jedna z bohaterek książki Liane Moriarty "Zaledwie moment", nie ma już na co czekać w życiu, przy czym to raczej niedokładny cytat.

Niezmiernie wciągająca książka brytyjskiej pisarki traktuje nie tylko o losie Mary, lecz przedstawia również problem relacji ludzi o białym i czarnym kolorze skóry, z których ci drudzy traktowani byli  jak niewolnicy, a pierwsi niczym panowie i władcy. Jak układają się, czy raczej nie układają, stosunki między jednymi a drugimi? Ta kwestia również zostaje zaprezentowana interesująco. Doris Lessing stworzyła intrygujący obraz upadku człowieka pośród pięknej, a zarazem groźnej dla niego samego Afryki. Owo piękno może stać się przekleństwem. Zaś niebezpieczeństwo, jakie płynie z afrykańskich terenów, które wyciskają z nieprzywykłych do nich ludzi siódme poty, zaczyna być dostrzegalne i odczuwalne czasem dopiero po bliższym poznaniu tamtejszych warunków życia. 

W powieści Lessing nic nie jest powierzchowne. Autorka dociera do samego wnętrza bohaterów, do ich uczuć, przeżywanych przez nich emocji, pragnień, obaw i lęków. Obrazuje siłę Afryki, tamtejszych warunków bytu, siłę większą niż siła ludzkiej wytrzymałości. Dociera do problemu dostrzeżenia człowieka w każdym człowieku, bez względu na kolor skóry. 

Wydaną po raz pierwszy w 1950 roku powieść "Trawa śpiewa" przeczytałam już drugi raz i zazdroszczę wszystkim, którzy dopiero odkryją to arcydzieło.  

czwartek, 26 czerwca 2025

"Życie Violette" Valerie Perrin, Albatros Warszawa 2022

 

Co polecam na lato? Między innymi absolutnie genialne "Życie Violette" Valerie Perrin, której już powieściowy debiut "Zapomniana niedziela" zrobił niemało zamieszania wśród czytelników i trafił na listę bestselerów. 

Życie tytułowej Violette toczy się w domku koło cmentarza oraz na nim samym i jest osnute tajemnicą. Dlaczego główna bohaterka wybrała takie właśnie miejsce do życia, dlaczego znalazła się w miejscu, od którego stroniłaby większość ludzi, tym bardziej w ciemnych godzinach nocnych? Skąd w tej kobiecie owo - wszechobecne w jej monologach - pogodzenie się z życiem i bezgraniczny spokój? Co takiego wydarzyło się w przeszłości, co mogło skłonić ją do napisania takich słów:
 
"Chcę być sama. Jak każdego wieczoru. Do nikogo nie mówić. Czytać, słuchać radia, wziąć kąpiel. Zamknąć okiennice. Narzucić na siebie kimono z różowego jedwabiu. Po prostu poczuć się dobrze.
Po zamknięciu cmentarnej bramy mam czas dla siebie. Mam go na wyłączność. To luksus być właścicielem własnego czasu. Sądzę, że to jeden z największych luksusów, jakie człowiek może sobie zafundować". (s. 47)

W istocie to luksus, zwłaszcza kiedy ma się pod ręką TAKĄ książkę. Zaskakująca jest delikatność, lekkość tekstu, którą zauważyłam nie tylko w tej francuskiej powieści. Jak gdyby autorka bała się urazić czytelnika zbyt mocnymi słowami. Tę samą cechę dostrzegłam w opowiadaniach Anny Gavaldy "Chciałbym, żeby ktoś gdzieś na mnie czekał" i w filmie "Amelia", również przecież produkcji francuskiej. Czy jednak niesłusznie nasunęła mi się na myśl delikatność kilku francuskich tekstów, których zbyt dużo nie czytuję? W tym momencie trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.

W "Życiu Violette" możecie nie znaleźć porywów, gwałtownych zdań, możecie nie westchnąć: "O rany, to niemożliwe!" (chyba nie, choć może na końcu jednak tak). Tę historię czyta się tak, jakby siedziało się nad cudownym, szumiącym morzem. Po prostu jest piękna. Tak piękna jak jeden z tytułów jej rozdziałów:

"Ludzi nigdy nie spotyka się przez przypadek. Pisane im było, żeby drogi ich przecięły się z jakiegoś powodu" (s. 70)

niedziela, 12 maja 2024

Majgull Axelsson "Lód i woda, woda i lód" Warszawa 2010.

 


Majgull Axelsson jest jedną z tych pisarek, do powieści których zagląda się jak do miłej niespodzianki, a więc z tą pewnością, że na sto procent pod okładką czeka na nas coś niesamowitego. Nie inaczej jest z kolejną lekturą, która trafiła w moje ręce, a mianowicie z książką „Lód i woda, woda i lód”, choć tytuł do intrygujących raczej nie należy. Tchnie od niego zimno, którego nie brak na statku, na jakim skryła się, a może bardziej szukała miejsca dającego natchnienie, jedna z głównych bohaterek – Susanne. Na tym wolnym od spraw codziennych pokładzie czeka na nią jednak nie tyle czas tworzenia nowego kryminału, lepszego od dotychczasowych, lecz powrót do przeszłości, tej gorszej, z którą nawet po wielu latach tak ciężko się zmierzyć. W tym miejscu, w którym czuje, jakby „nareszcie dotarła do swojego wymarzonego celu. Poza światem. W środku bezpiecznego, pustego wnętrza, w totalnym braku zdarzeń, czego zawsze szukała i czego bała się przez całe życie”, dobrnie do niej to, od czego lepiej byłoby uciec. Cały bagaż po prostu przytruchtał na pokład lodołamacza Odyna tuż za twórczynią kryminałów. Przeszłość nie była miła również dla matki Susanne – Inez, tej, która zajęła się domem, mężem i dziećmi, lecz czy to dało jej szczęście? Nie okazała się też rajskim ogrodem dla jej siostry bliźniaczki – Elsie, tej, która wolała w roli telegrafistki na statkach odpływać od tego, co tak bardzo ciążyło na ziemi. Trzy różne życia, lecz każde trudne... połamane. Może właściwie przez zbieg okoliczności, może przez mało trafne wybory. Jednak nie trzy, a więcej żyć ukazuje autorka. Trzeba jeszcze pamiętać o ojcu Susanne. Nie należy zapominać o Evie, okazuje się osobie o kruchutkiej osobowości, o Evie, która tak potrafiła zaskarbić sobie słodką Suzanne. Nie można w  końcu zapominać o Björnie, bo czy właśnie to odkrycie świata muzyki nie jest tym jedynym, wybranym, wokół którego tłoczy się niezliczona liczba osób gotowych zrobić wiele, żeby je zauważył. Takie ogólne zainteresowanie może być nie do zniesienia, ale czy na pewno ten młody człowiek musi poświęcić siebie dla dobra innych? Nie przeceniajmy ludzkich możliwości.

Postaci w powieści na pewno nie brakuje. I mnożą się, mnożą, jak to u Axelsson bywa. Dwóch, trzech, czterech to jeszcze trochę za mało jak na możliwości szwedzkiej literatki. Autorka „Lodu i wody, wody i lodu” skrupulatnie obserwuje, wnikliwie bada, ujmuje w słowa każdy detal dotyczący bohaterów. Każdy moment, jak i życie Susanne, Björna czy Elsie ujmuje w dłonie i kładzie na kartach papieru tak lekko, jakby nie sprawiało jej to najmniejszej trudności. Aż zdaje się, że tu, w tym miejscu, w którym stoimy, dni wciąż jednakowe, z tym wiecznym pływaniem po powierzchni, zupełnie nie takie jak fragmenty powieści Majgull Axelsson, bo tyle w nich treści, tyle opisu życia w szczegółach, emocji, wgłębiania się w przeżycia postaci, aż ma się wrażenie, że zanadto niedokładnie przeczytało się ten bądź tamten akapit, że coś jeszcze się pominęło – tyle szczególików, faktów, których nie pomija pisarka, ale które układa jeden obok drugiego z niesłychaną, zdaje się, łatwością. Bez potknięcia wychodzi jej dzierganie tego wieloosobowego sweterka o nazwie „Lód i woda, woda i lód”, które to działanie naznaczone zostało przeskakiwaniem z wątku na wątek, ze ścieżki przeszłej do teraźniejszej. Bezbłędnie, szybko, sprytnie, aż pogubienie się w tej zmianie biegów staje się bardzo możliwe. Jakby ową taktyką Axelsson przestrzegała: „Bądźcie czujni, bo światła zmieniają się szybciej, niż można by przypuszczać”. Zwłaszcza że żadnego znaku obok, żadnego drogowskazu w postaci imienia bohatera nad kolejnym rozdziałem. To nie jest, moi drodzy, sygnalizacja świetlna, tylko światła, przeskoki w prozie, dla spostrzegawczych. I oto, proszę państwa, napięcie znów się podnosi, ale niestety tylko na chwilę, by ponownie opaść na długo, bo oto przed nami kolejny wątek -- nie mniej ciekawy i też kończący się może nawet w najciekawszym momencie. Ale na powrót do niego trzeba poczekać. A jest na co...

Przy stole kuchennym poznałam kapitalną powieść o utracie, braku miłości, ucieczce, ciężarze, jakim może być trwanie, dokonywaniu wyborów, które wpływają na resztę życia, a także o sławie, która ma różne oblicza. Powieść, której chce się jeszcze raz od początku. Ale przy tym stole trzeba jeszcze zająć się czymś innym niż literatura, jak stwierdziłaby być może jedna z głównych bohaterek książki. Ta, która wolałaby poświęcić się czemuś innemu niż życiu, jakie wiodła. I „widzi tylko, że dzień za dniem, rok za rokiem robi rzeczy, których w sumie nie chce i nigdy nie zamierzała zrobić. Na przykład jak doszło do tego, że wylądowała w szkole gospodarstwa domowego? Nigdy nie interesowało ją robienie dżemów ani soków, chciała studiować na uniwersytecie w Lund. Chociaż z drugiej strony, czy sprawiedliwie jest zrzucać winę na Birgena? Przecież kiedy opowiadała o szczęściu, które da jej historia literatury – P o m y ś l,   m ó c   p r z e z   c a ł e   d n i e   c z y t a ć    p o w i e ś c i! - potakiwał i się z nią zgadzał[...]”.

Czy można wbić szpilę w „Lód i wodę, wodę i lód”? Naznaczyć ją łatką literatury kiepskiej, zarzucić wady nie do wybaczenia, wykazać otoczkę grafomanii w jej treści? No nie da się...








czwartek, 31 marca 2022

Margaret Forster "Podróże Maudie Tipstaff", Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971

 

Niektórym wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Druga część tego przysłowia w pełni definiuje główną bohaterkę powieści Margaret Forster, żyjącej w latach 1938–2016. Surowa w stosunku do siebie oraz do innych, Maudie Tipstaff, najlepsze lata, w które wpisuje się między innymi wychowywanie trójki dzieci, ma już za sobą, i raczej zupełnie nie przeszkadza jej samotne życie, które zostaje urozmaicone między innymi wyczekiwaniem na listy od syna i dwóch córek. Któregoś dnia jednak Maudie postanawia wybrać się do dorosłych już pociech i spędzić u każdej z nich miesiąc. Mimo wielkich nadziei na niezapomniane wrażenia kłopoty pojawiają się już na początku  podróży, a dalej jest już tylko gorzej. I dotyczy to nie jedynie samego dostawania się do miejsc docelowych, ale przede wszystkim relacji z dziećmi. Apodyktyczna, 70-letnia kobieta to wyjątkowo trudny towarzysz życia, którego mało kto byłby w stanie zaakceptować.

Autorka po mistrzowsku opisuje relacje głównej bohaterki z dziećmi oraz z innymi, napotkanymi po drodze osobami, a wszystko to przedstawione w zabawny, humorystyczny sposób, który sprawia, że czytelnik nabiera chęci na dłuższe pozostanie w świecie pani Tipstaff (w przeciwieństwie do osób mających z nią bezpośredni kontakt).

Podróże Maudie Tipstaff dobitnie ukazują, jak brak miłości doprowadza człowieka do zgorzknienia i zobojętnienia. A może problem Maudie tkwi zupełnie gdzie indziej? Powieść obyczajowo-psychologiczna Margaret Forster to prawdziwa perełka literatury (choć raczej nie dla osób, które preferują sensacje czy szybkie zwroty akcji). I aż wierzyć się nie chce, że jak wynika z moich poszukiwań, tylko trzy powieści autorki przetłumaczono na język polski. I żadna z nich nie znajduje się w bibliotece miasta powiatowego, do której zaglądam. 

Czasem jednak o wiele lepiej poszperać wśród książek wydanych z kilkadziesiąt lat temu i nie wznawianych, zamiast brać do ręki nowości, które niestety często po przeczytaniu kilku stron zwyczajnie odpychają.