niedziela, 11 grudnia 2016

Charles Dickens, "Tajemnica Edwina Drooda", Replika, Zakrzewo 2015

Tajemnica Edwina Drooda Charlesa Dickensa to tajemnica zaginięcia młodego człowieka, który już jako dziecko przyrzeczony został Róży Bud – sierocie zamieszkującej aktualnie pensję panny Twinkleton. Ani Róża nie jest jednak zainteresowana Edwinem jako przyszłym mężem, ani młody architekt panienką, choć wokół nie brakuje innych mężczyzn, którym podopieczna Grewgiousa nie jest obojętna. Wydaje się, że skoro wszystko już ustalone, historia przebiegnie podobnie jak w przypadku Kmicica i Billewiczówny, tymczasem bohaterowie - na pierwszy rzut oka biernie podporządkowujący się powziętej lata temu decyzji - postanawiają wziąć sprawy we własne ręce, a kiedy już do tego dochodzi, Drood ginie, oczywiście (napiszę, jak zwykło się pisać) w tajemniczych okolicznościach.

Obawiam się, że to nudne streszczonko zainteresuje niewielu, nie lepiej z początkiem powieści, bo ten jest niczym jazda pociągiem z przeciągającym się wypatrywaniem mocniej posklejanych wątków (bo każda śrubka tu od czegoś innego), które na szczęście zaczynają się właściwie wraz z wsiąknięciem tytułowego bohatera.

Zdaje się, że narrator swoimi słownymi wyczynami postanowił zabawić słuchaczy, co czasami zyskuje wręcz przeciwny skutek, trafniejsze byłoby dążenie do odcięcia czytelnika od rzeczywistości, uczynienia z niego słupa, który z otwartymi ze zdumienia ustami tylko czeka na każde kolejne zdanie. Niestety autor świetnie znanej większości moli książkowych Opowieści wigilijnej raczej obrał inne środki zaradcze. Doskonale wychodzi mu natomiast charakterystyka postaci, od razu wiadomo, kogo utknąć do jakiej szufladki; nieco irytują dialogi – jakby patetycznie wygłaszane momentami mowy, przeznaczone tylko i wyłącznie dla osób trzecich, zbyt ugrzecznione. Może odrobinę męczy też wyidealizowanie ze wszech miar postaci głównej bohaterki. Ale prawie wszystko do pewnego stopnia wygładza klimat epoki wiktoriańskiej. Dickens z namiętnością reżysera wprowadza czas teraźniejszy, aż wypadałoby stwierdzić, że początkowo jego zamierzeniem było napisanie scenariusza, co też podpowiada wprowadzony na początku wykaz i opis postaci. Dodatkowo otrzymujemy lekki humor, i nasuwa się może nieuzasadniona uwaga, że książka o wiele bardziej nadaje się do głośnego niż do cichego czytania, tyle tu dialogów, a nawet wskazań, które słowa należy zaakcentować.

Czy po przeczytaniu niedokończonej powieści Charlesa Dickensa można stwierdzić, że pisarz sprawdził się jako twórca kryminałów? Wyjaśnienie nagłego zaginięcia Drooda nasuwa się zbyt szybko, ale do książki załączono trzy różne wersje ostatecznych zakończeń, więc to, które nasunęło się mnie, nie musi o niczym przesądzać. Trudno odpowiedzieć na zadane wyżej pytanie, ale jeśli ktoś jest zainteresowany, chętnie oddam książkę. Fanów Dickensa proszę o informację w komentarzu.

Co ciekawe, niektórzy, jak Artur Conan Doyle, Raymond Chandler czy George Bernard Show, wciąż pragną rozwikłać pośmiertną zagadkę, ponieważ Dickens zmarł podczas tworzenia powieści, a czytelnicy ukazującego się w odcinkach tekstu pozostali niepocieszeni. Obstawiam, że, co tu dużo mówić, bardziej brakiem dalszego ciągu Tajemnicy niż śmiercią pisarza.  


niedziela, 11 września 2016

Antonio Muñoz Molina, "Zima w Lizbonie", Historia i Sztuka, Poznań 1995.

Zima w Lizbonie – druga powieść hiszpańskiego pisarza, wydana po raz pierwszy w 1987 roku – traktuje o  wiecznej samotności, uobecniającej się nawet w chwili, gdy już, już jest się pewnym, że zastąpiła ją miłość.

Główny bohater – fortepianista Biralbo – zakochany z wzajemnością w Lukrecji, to wzorcowy przykład nieszczęśliwego samotnika (outsidera?), a zarazem człowiek świadom tego, że jego jedynym, tymczasowym wybawieniem może być wyłącznie ponowne spotkanie z ukochaną. Połączenia się z nią nie można jednak określić mianem końca udręki, ponieważ Lukrecja musi nieustannie uciekać, co stanowi dla Biralba dowód na to, że uczucie kobiety jest nieszczere, że wcale go w niej nie napotka, nawet jeśli kiedykolwiek istniało. Tymczasem kolejne wydarzenia pokazują, że cierpienie hiszpańskiego muzyka jest niczym w porównaniu z problemami głównej bohaterki.

Molina przemierza kręte uliczki Madrytu czy Lizbony, wpuszcza czytelnika do ogarniętych różową poświatą barów, w których rozbrzmiewa jazz; ale opisać jego istnienie, sportretować dominujące w Bilarbie uczucia, nakreślić wygląd miasta, w którym na każdym kroku zdaje się czyhać człowiek z bronią w kieszeni płaszcza, naszkicować wszelkie towarzyszące kolejnym wydarzeniom stany wewnętrzne, wyrazić to wszystko w taki sposób jak Molina, to nie lada sztuka. Mamy aż nadto widoczną liryczność, choć momentami wydaje się, że niektóre, „powykręcane” do granic możliwości zdania są nielogiczne, pozbawione sensu, tak bardzo zmetaforyzowane, iż odbiorca zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem coś tu nie gra, czy przypadkiem nie padło o jedno słowo za dużo, i stąd zamieszanie. Można nawet stwierdzić, że autor przesadza ze swoim poetyzowaniem, z poetycką prozą, a potem zacząć szukać w pamięci, jaki jeszcze pisarz posiada zdolności do tak mocnego ulirycznienia testu, momentami aż trudnego do zrozumienia, co skłania do pochylania się nad konkretnymi zdaniami jeszcze i jeszcze raz. To wszystko wydaje się trudne, niekiedy powtarzalne, jakby konkretne sytuacje – jak granie w barze – były odtwarzane po wielokroć, choć za każdym razem sposób ich przedstawienia jest odmienny i wnosi coś nowego do całości, a zarazem zadziwia.

Teraźniejszość miesza się z przeszłością, jak gdyby nie istniało jedno tu, ale nachalnie powraca, niekiedy wymazywane z pamięci Bilarba, tam. Czas staje się nieustannym wielkim oczekiwaniem, którego końce (próżno szukać ich finiszu) wydają się czymś nierealnym, a jednocześnie długo wypatrywanym, prawdziwym życiem; reszta przypomina nieistnienie. Bilarbo na okrągło obraca się w swoim nieżyciu, w jałowej wegetacji, do czasu pojawienia się Lukrecji, do momentu jej kolejnego znaku czy listu. Bilarba właściwie nie ma, istnieje jedynie dzięki czekaniu, aż pewnego dnia, mylnie uznając, że nie znajdzie już Lukrecji w bycie doczesnym, stwierdza, że nic już nie jest dla niego straszne, nawet śmierć. Bohater wydaje się cieniem, największym spośród samotników, niezdolnym do poznania prawdy o kobiecie, której wspomnienie permanentnie za nim podąża. Ten stan ciągnie się przez całą powieść, jest nieodwracalny i jedyny, jakby autor chciał dostatecznie mocno dać to do zrozumienia, może zbyt mocno.

Bilarbo „sprawiał wrażenie dezertera z niewłaściwego życia”.
„W tamtych czasach istniałem tylko wtedy, gdy ktoś o mnie myślał” (s. 65).

Pewne obecne w tekście elementy dostrzega się w późniejszej powieści autora – Beltenebros,: miłość, która nie ma szans, ucieczki, wypełnione papierosowym dymem bary, oczekiwanie, przeszłość łącząca się z teraźniejszością, rewolwery w kieszeniach, walka o pieniądze, a nade wszystko tajemniczość. Ta króluje na salonach Zimy w Lizbonie, na salonach, w których czasem chciałoby się zanurzyć.

Zastanawia, ile wspólnego ma jeden z bohaterów powieści – trębacz jazzowy Billy Swann – z prawdziwym muzykiem o takim samym imieniu i nazwisku (lecz z jednym „n” w nazwisku); czy melodie/piosenki wymienione w tekście odnoszą się do rzeczywistych utworów (np. Stormy Weather). Właściwie Billy Swann kojarzy się z Benem Websterem, tym bardziej że jedna z jego płyt nosi wspomniany tytuł. Mordęgą byłoby dociekanie prawdy, choć hiszpańscy literaturoznawcy pewnie już doskonale się orientują, które utwory i jacy muzycy stali się inspiracją dla Moliny.

A może ten kawałek (starej daty) oddaje tamtą atmosferę przyciemnionego, powieściowego baru:


niedziela, 19 czerwca 2016

Amy Stewart, "Dziewczyna z rewolwerem", Czwarta Strona, Poznań 2016.

Wydaje się, że nic nie jest w stanie zreformować życia panien Kopp – trzech sióstr zamieszkujących położoną w okolicach Nowego Jorku farmę, ale kiedy pewnego dnia w ich powóz wjeżdża swoim autem Henry Kaufman, ich egzystencja wywraca się do góry nogami. Kaufman – postrach okolicy – nie zamierza wypłacić poszkodowanym należnego im odszkodowania, a co więcej wprowadza do monotonnej codzienności trzech panien tyle zamieszania i strachu, że bohaterki będą zmuszone radzić sobie z bezczelnym i niebezpiecznym draniem nie tylko za pomocą słów.

Co nieprawdopodobne, cała historia, koniec końców, wychodzi pannom Kopp na dobre, ponieważ z dnia na dzień ich byt, ograniczający się do ciągłego wypełnianie jednych i tych samych obowiązków, zamienia się w prawdziwą przygodę, w konsekwencji czego najstarsza z nich – Constance, otrzymuje stanowisko zastępcy szeryfa.

Już po przeczytaniu kilku rozdziałów, doszłam do wniosku, że siostry niezwykle mocno przypominają panny na wydaniu z powieści Rozważna i romantyczna Jane Austen, choć tamte wypatrywały jak dnia po nocy odpowiednich (i bogatych) kandydatów na mężów, miłości swojego życia, te zaś bardziej tęsknią do wniesienia odrobiny odmienności w swoje jednostajne bytowanie, oczywiście pomijając Normę – drugą z sióstr, której praca na farmie całkowicie odpowiada; zajęta swoimi gołębiami Norma nie wygląda na stęsknioną za innymi atrakcjami, choć… czy na pewno? Przyznać trzeba, że ta właśnie bohaterka, mimo że za główną uznać należy Constance, jest najbardziej interesującą postacią, jednak dowiadujemy się o niej najmniej; a szkoda. Twardo stąpająca po ziemi Constance, skrywająca swoje marzenia, to już inny model. Z miejsca obsadziłabym w roli zdecydowanej, rozsądnej, a jednocześnie upartej panny Emmę Thompson, tak bardzo pasuje do niej ta postać.

Powieść nosi w sobie tę niespotykaną atmosferę dawności, kiedy na porządku dziennym były powozy, długie suknie, kapelusze, rękawiczki, palenie w piecach, wciąż jeszcze w większości domów brak elektryczności, farmy oddalone od miast wiele kilometrów i pewien niewyjaśniany spokój bycia, kompletnie nie do zauważenia w dzisiejszym rozgardiaszu, nieważne, wiejskim czy miejskim. Choć akcja wciąga, to jednak ta magiczna strona lat 20 XX wieku nie odchodzi na bok, co rusz ocieramy się o tak charakterystyczne dla tamtej epoki elementy. I to również, a przede wszystkim styl kojarzy się, nie wiem, czy słusznie, z twórczością Jane Austen (choć akcja powieści Austen ma miejsce we wcześniejszym wieku i w innym miejscu). 

Pierwszoosobowa narracja przedstawia punkt widzenia Constance, która precyzyjnie przybliża czytelnikowi kolejne wydarzenia, nie pomijając szczególików, własnych odczuć i skrywanego sekretu.

Napięcie rośnie, kiedy Kaufman postanawia przystąpić do dzieła i dać popalić trzem panienkom, ale delikatnie maleje w końcowych partiach, wówczas też trzeba pogodzić się z faktem, że nie ma co liczyć na to, iż lepiej poznamy głównego bohatera – Kaufmana, który właściwie występuje w powieści najmniej, owszem, mówi się o nim nad wyraz dużo, ale rzadko udziela się mu głosu lub chociażby pozwala czytelnikowi na lepsze poznanie mściwego zbira. Podobnie rzecz ma się z Normą, niewiele tu jej myśli, analogicznie jak myśli szeryfa, bo choć tych dwoje bierze udział w akcji bardzo często, pojawia się, kiedy trzeba, i znika, jak trzeba, to nie wiemy, co nosi w sobie pan Heath, co tam gra w duszy Normy? Próżno szukać odpowiedzi. Odnosi się wrażenie, że niewątpliwie coś zostało niedopowiedziane. Puenta – postaci najbardziej intrygujące poznajemy w bardzo niewielkim stopniu – i to jedyne maleńkie zastrzeżenie dla tekstu.

Nie można zarzucić powieści Amy Stewart bylejakości, oparta na faktach historia, traktująca o pierwszej amerykańskiej kobiecie szeryfie, została odtworzona niezwykle dokładnie. Autorka nie tylko wykazała się kunsztem literackim, ale poświęciła niemało czasu, żeby odszukać wszelkie informacje dotyczące opisywanych tu zdarzeń i zapleść z nich piękny, długi i interesujący beletrystyczny warkocz, który upiększyła warstewką faktów zaczerpniętych z własnej wyobraźni.  

To czwarta powieść amerykańskiej pisarki i dziennikarki przetłumaczona na język polski. Po jej przeczytaniu już przymierzam się do poznania kolejnych książek Stewart.







sobota, 4 czerwca 2016

Virginia Woolf, "Fale", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003.

Po Fale Virginii Woolf sięgałam dwa razy i za każdym razem odkładałam je z powrotem, zniechęcona zbyt trudnym do zgryzienia początkiem, w którym wypowiedzi/myśli bohaterów mieszają się ze sobą, tworząc istny kogel-mogel, aż trzeba by czynić notatki, by spamiętać, która myśl do kogo należy. Dziwny dialog, gdzie każde zdanie to jedno spostrzeżenie, uwaga, jakbyśmy mieli do czynienia  z grą, w której puchar otrzyma autor zdań najlepiej, najdokładniej, najatrakcyjniej oddających aktualny stan rzeczy. Tematy połączone w jedno tworzą chaos.

I sięgnęłam po napisaną w 1931 roku powieść po raz trzeci, w końcu przebijając się przez pogmatwane na pierwszy rzut oka, jednozdaniowe stwierdzenia, i wchodząc do bardziej zagęszczonego wnętrza, wypełnionego dłuższymi już monologami sześciu osób. Trzech kobiet i trzech mężczyzn, znających się ze szkoły. Każde z nich to oddzielny portret rysowany wprawnie dobranym, doskonale obrazującym stan rzeczy słownictwem, poetycką prozą.

Sześć osób, sześć losów.  

Susan – pewna, że jej przeznaczeniem jest wyjście za mąż i wydanie potomstwa; odnalezienie się wśród innych sprawia jej niemałą trudność, dlatego gra, a odsłania się tylko w domu.

Louis – szkolny prymus, ceni dostojne budynki, w których pobierał nauki; jako młody człowiek nosi w sobie poczucie niższości ze względu na swój australijski akcent i nieprzynoszący chluby zawód ojca, który jest „tylko” bankierem; Louis nawet w przyszłości będzie czuł się nieprzystającym do otoczenia odmieńcem; wolałby uciec od przeznaczenia.

Neville – zafascynowany Percivalem – szkolnym kolegą, zakochany i wiecznie wypatrujący nadejścia tego wspaniałego Percivala; jak sam przypuszcza: „[…] przez całe życie będę się czepiał powierzchni słów. […] Potrzebuję kogoś, czyje myśli opadają jak topór na pień, dla kogo szczyt bezsensu jest wzniosły, a sznurowadło godne uwielbienia. Przed kim mógłbym odsłonić nagłość mej namiętności? […] Nie ma nikogo – wśród tych czarnych sklepień i lamentujących gołębi, i radosnych gier, i tradycji, i rywalizacji, wszystkich tych rzeczy tak zręcznie ułożonych, by zapobiec uczuciu samotności”. 
I dalej, odnośnie do Bernarda (jednego z bohaterów):
„Nie słuchasz mnie. Układasz frazy o Byronie. A kiedy gestykulujesz, płaszczem, laską, próbuję wyjawić sekret, którego nikomu jeszcze nie zdradziłem; proszę cię (odwrócony do ciebie plecami), żebyś wziął w ręce moje życie i powiedział mi, czy moim przeznaczeniem jest zawsze budzić wstręt w osobach, które kocham”. 

Rotha – naśladowczyni Susan i Jinny,  wyzbyta siebie, obca wśród innych:
„Kiedy szłam  ze stacji, nie korzystając z cienia drzew i ulicznych latarni, spostrzegłam po waszych płaszczach i parasolach, już w oddali, jak tkwicie w substancji stworzonej z połączonych w jedno powtarzających się chwil, że jesteście zaangażowani, macie określony stosunek do dzieci, władzy, sławy, miłości, społeczeństwa, podczas gdy ja nie mam nic. Nie mam twarzy”.

Jinny – beztroska, nieco trzpiotowata, zna swoją wartość, uwielbia dni; wie, że jej przeznaczeniem jest należeć do wyższej sfery. Ale i ją dosięgnie upływ czasu.
„Nie ma nic stałego, nic nieruchomego we wszechświecie. Wszystko faluje, wszystko się kręci, wszystko jest pędem i zwycięstwem. Tylko że kiedy tak leżę na twardej ziemi, przyglądając się waszej grze, zaczynam odczuwać pragnienie, żeby ktoś mnie wybrał, żeby mnie wezwał, przywołał, ktoś, kto przyjdzie mnie odnaleźć, kogo coś we mnie przyciągnie, kto nie może żyć z dala ode mnie, więc przychodzi tam, gdzie siedzę na złoconym krześle, a suknia wydyma się na mnie jak kwiat”. 

Bernard – do ostatka roztrząsa najmniej ważne sprawy, to w jego głowie rodzą się setki historyjek na każdy temat; potrzebuje konkretu; to on w samotności wygłosi ostatni przedśmiertelny monolog, to on wie, że całą szóstkę znajomych „łączy wspólny stosunek do śmierci”.


Odnosi się wrażenie, że w każdym z bohaterów mieści się odrobina samej Woolf, jej myśli, jej odczucia, tym bardziej jeśli wziąć pod uwagę życie i Dziennik autorki. Pytanie – w której postaci jest jej najwięcej? Kanwą powieści stały się przecież, jak wiadomo, szczęśliwe wakacje spędzane przez autorkę w St. Ives na wybrzeżu Kornwalii.

W Falach na grzędach pousiadały refleksje nad teraz, nad przedtem i potem, interpretacje najmniejszego szczegółu, wsłuchiwanie się w siebie, wskazywanie rzeczy, obok których zazwyczaj przechodzi się obojętnie. Fale przytłaczają (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) rozdrabnianiem rzeczywistości – substancji, na cząsteczki; to portrety wykonane z matematyczną wręcz precyzją, barwa  przy barwie, niesamowite wyzbycie z odczuwania jak gdyby jednego tu i teraz; wszystko faluje, wije się, przewija w monologach, dodajmy – w monologach tak głębokich, przejmujących, że w ich rzeczywiste występowanie w ludzkich umysłach, w dodatku w umysłach sześciu powiązanych ze sobą i znających się osób, ciężko byłoby uwierzyć.

Strumień świadomości wypływa pełną parą. Więc tak to wygląda… tak sobie płynie i rwie wszystko z prądem.

To jednak majstersztyk. Trudny do ujęcia, do ogarnięcia w całość, jakby swoim wnętrzem rozlewał się na boki, zataczał coraz szersze kręgi i mimo skończoności nosił w sobie nieskończoność.
Niesamowite.

wtorek, 24 maja 2016

John Steinbeck, "Zima naszej goryczy", Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Zima naszej goryczy – tytuł silny, nietuzinkowy absolutnie nie przystaje do treści książki.  Wydaje się, że otrzymamy mocną, powalającą prozę, a tymczasem tytuł przebija jakby tekst Steinbecka, laureata literackiej Nagrody Nobla z 1962 roku, który tym razem być może nieco zawiódł oczekiwania czytelników. To raczej nie ta z powieści autora, w której natychmiast w oczy rzuca się zarysowany w tekście wielki kryzys, choć na pewno nie można odmówić jej pewnego uroku.

Opis na okładce zapowiada ukazanie „ciężko doświadczonych przez los mieszkańców New Baytown”, tymczasem nie dostrzega się dramatów. Owszem, ludzie jak  w każdym miejscu na świecie zmagają się ze swoimi problemami, ale w tym wypadku nie czyniłabym z owych problemów góry lodowej nie do pokonania, nie wyolbrzymiałabym ich małych poniekąd wymiarów. Dramatu nie wyczuwa się dlatego, że jego siła nie jest dostatecznie mocna, by lać łzy. Raczej mamy do czynienia w powieścią obyczajową, traktującą o Etanie Hawleyu – mężu i ojcu pochodzącym z bogatej rodziny, której majątek został stracony, a sam główny bohater zajął stanowisko subiekta, i na pierwszy rzut oka jest mu z tym całkiem dobrze. W każdym razie na pewno lepiej niż jego otoczeniu, które za wszelką cenę pragnie mu wmówić, że wzbogacenie się powinno stać się jego życiowym celem, aż dotknięty do żywego dobrymi radami Ethan postanawia dokonać przełomowego kroku w życiu – najbardziej chyba zaskakującego posunięcia w powieści.

Właściwie można wysunąć wniosek, że gra toczy się o pieniądze, których nie ma, ale które niezwykle często stają się przedmiotem rozmów bohaterów. Najmniej zainteresowany ich zdobywaniem Ethan wydaje się nad wyraz optymistycznie nastawionym do życia typem, tak bardzo, że niekiedy odnosi się wrażenie, iż mamy do czynienia z komikiem, który w  każde zdanie jest gotów wpleść jakiś tyci żarcik, byle ubawić publiczność, choć większość jego żarcików nie zawiera nic zabawnego. Ostatecznie momentami przychodzi czas na zastanowienie się, kiedy istotnie bohater żartuje, a kiedy mówi poważnie, co nie zmienia faktu, że mamy do czynienia z dobrodusznym, uczciwym i jak mało kto lojalnym człowiekiem. Powaga, której brak, zaznacza się jednak nad wyraz silnie w jedynym decydującym momencie, czyli w chwili karkołomnego posunięcia Ethana, bo wówczas zachowuje się całkiem „zwyczajnie” i przestaje naginać się do roli żartownisia, choć właśnie wtedy absolutnie nie  jest sobą. Po owym "incydencie" i po kolejnych wydarzeniach zaczyna rozumieć, że poniósł fiasko nie tylko swoim czynem, ale także jako ojciec, co już można uznać za sprawę wartą poświęcenia jej większej uwagi. Posunięcie syna Ethana – nieuczciwy chwyt, jaki zastosował – był aż nadto do przewidzenia. Więc nici z zaskoczenia; zaskoczenie, nagły zwrot wydarzeń – za taki uznać można wyłącznie wspomniany nieprzewidywalny czyn Ethana i ostatnią scenę, która raptem leciutko odsłania zakryte dotąd wnętrze głównego bohatera.    

Steinbeck nie wykazał się tym razem czymś nadzwyczajnym, nieco nużą milutkie dialogi Ethana i jego żony, niewkładające wiele do powieści; akcja toczy się spokojnie, wolno płyną dni mieszkańców New Baytown. Zdaje się, że to raczej nie pociąg ekspresowy, ale kolejka górska wisząca nad sztucznym krajobrazem, z której z rzednącym uśmiechem na ustach można podziwiać interesujące widoczki, na próżno doszukując się w nich czegoś głębokiego, czegoś mocnego; rozgrywki, na której kolejny akt czeka się z zapartym tchem, jeśli pominąć akt końcowy. Ale zdarzają się też fragmenty warte pochylenia się nad nimi:

"[...]większość ludzi żyje w dziewięćdziesięciu procentach przeszłością, w siedmiu procentach teraźniejszością, czyli pozostaje im tylko trzy procent na myśl o przyszłości" (s. 249).


piątek, 20 maja 2016

Uroda życia według Stefana Żeromskiego

Uroda życia, wydana po raz pierwszy w 1912 roku, przedstawia losy syna Jana Rozłuckiego z powieści Echa leśne – Piotra Rozłuckiego, młodego Rosjanina polskiego pochodzenia, który wychowany w rosyjskim otoczeniu nagle styka się z polskością. Przejść obok niej nie da się obojętnie, w każdej sferze życia Polaków, z którymi obcuje Rozłucki,  młody żołnierz dostrzega coś, co wpływa na niego w znaczący sposób, a tym samym zmienia sukcesywnie jego podejście do życia i wcześniejsze wyobrażenia o nieznanym mu dotąd narodzie. Oficer nie rozumie, dlaczego ten dziwny lud tak zacięcie broni się przed rosyjską kulturą i tak bardzo lgnie do swojej własnej. Trudno orzec, czy  postępowanie bohatera odnośnie do kolejnych wydarzeń byłoby takie same, gdyby nie zetknął się z polskimi realiami. Poznanie Rosjanki Tatiany, która z nienawiścią spogląda na polskość i na samych Polaków, nazwanych przez nią „płazami”, i miłość do niej całkowicie przekształca jego życie, a jednocześnie przyczynia się do jego klęski. Główny bohater znajduje ratunek w lotnictwie, ale również w ciągłym odkrywaniu utajonej dotąd w sobie polskości, której korzenie twardo trzymają się jego wnętrza, wśród tego „stada rozbitego przez wilki”, w postępowaniu innych bohaterów, których działania są zarazem cichym sprzeciwem wobec rusyfikacji.

Jak tłumaczy Kazimiera Zapałowa w przedmowie: „W Urodzie życia, podobnie jak w wielu utworach Żeromskiego, widoczna jest awersja pisarza do wszystkiego, co rosyjskie. Obecność Rosji w życiu codziennym Polaków była dla autora faktem bolesnym, ograniczającym perspektywy rozwojowe, przytłaczającym i niszczącym wszelką twórczą myśl i twórcze działanie”[1].

Krytycy mieli podzielone zdania co do Urody życia, „wytykali pisarzowi <<szarpanie nerwów>>, porównywali Rozłuckiego z Konradem Wallenrodem, zwracali również uwagę na podobieństwo wewnętrznej przemiany Piotra do przemiany Gustaw-Konrad z III części Dziadów”. Natomiast co do kompozycji: „Pierwszy tom ma zwartą i klarowną budowę, natomiast w drugim rozpoczynają się <<zwykłe łamańce Żeromskiego>>”[2].

Trudno się dziwić, że wielu nie przypadła do gustu powieść Żeromskiego. Już w dwóch pierwszych rozdziałach zainteresowany odbiorca namiętnie wypatruje, co zdarzy się za chwilę, a tymczasem chwila ciągnie się w nieskończoność, jak to zwykle bywa u Żeromskiego, który nie oszczędza retardacji, choć dzięki niej obraz świata może jawić się jako przedstawiony dokładniej. Łamańce natomiast chyba stanowią swoisty urok twórczości Żeromskiego, niemniej mają tendencje do zanudzania na śmierć, do przekładania się na melancholiczne nastroje, choć dlaczego nie uznać ich uznać za element cechujący teksty trudne, z którymi zmierzenie się wymaga cierpliwości, ale też pozwala na wyciągnięcie wniosków, przesłań autora, co stanowi poniekąd atut; zależy, z jakiej strony na to spojrzeć. Może jednak irytować rozdział trzeci, który wydaje się właściwie zbędny, wszystko wszak zostało powiedziane, bo w stronę takiej refleksji myśl wiedzie bardzo mocno. A tymczasem Żeromski jeszcze nie skończył swojej powieściowej mowy, jeszcze dorzucił wydarzeń kilka, aby zapiąć powieść na ostatni guzik.

Niewątpliwie na plan główny wysuwa się powoli, ale skutecznie dokonująca się przemiana duchowa. Piotr, żołnierz, Rosjanin czy Polak, uciekinier, może właściwie też drugi Konrad Wallenrod, ociera się o fałsz, zakłamanie, jest bezsilny wobec okrucieństwa ludzi, okrucieństwo świata, bezsilny wobec śmierci i niesprawiedliwości. Jego bohaterska postawa – skierowanie się w stronę moralności: sprzeciwianie się oskarżeniom wysuwanym wobec księdza Wolskiego, stanięcie w obronie nieznajomej z pociągu, a szczególnie, być może niesłuszne, odwrócenie się od pełnej próżności Tatiany, przynosi mu więcej szkody niż pożytku. Wyciągając szpadę przeciwko złu, niecelowo skierowuje ją na siebie; zostaje już osądzony, właściwie potępiony przez wielu, ale też i przez samego siebie właśnie.

Wewnątrz powieści akcentem najmocniejszym jest naturalnie rozgrywający się melodramat. Zakochany żołnierz szybko uświadamia sobie, że pomimo miłości do Rosjanki „nie może dać jej swej duszy”, pustka i zepsucie młodej kobiety przesłania piękno zewnętrzne, a jednak kiedy uczucie Tatiany okazuje się prawdziwe, na powrót do niej jest już za późno, na miłość nie ma już szans, a mimo to obraz Rosjanki zasłoni każdy inny. Po doznanym upadku Rozłuckiemu pozostaje skierowanie się w stronę, która choć odrobinę ukoi ból. Jedyną drogą jest wielki świat, wciągający muszącego pogodzić się z losem bohatera, aby po latach doszedł do wniosku, że czas wracać do rodzimego kraju, i w tym momencie, kiedy jest pewny, że Polaków trzeba „nauczyć trzymać się linii prostej w szeregu. Niech wiedzą, że bez pozwolenia władzy z ducha, bez rozkazu z urzędu najwyższej myśli nie wolno nic, nie wolno nawet za ojczyznę i lud umierać”, górę biorą słowa księdza Wolskiego: „Nie! Trzeba naprzód zwalić od przyciesi gwałt brata nad bratem. Nie oszczędzać krzywdy, drzeć ją zębami i pazurami, palić żagwią, oddać dla jej zniszczenia wszystko, do ostatniej koszuli i do ostatniego marzenia”.  

Z perspektywy czasu powieść Żeromskiego oczywiście jawi się jako niedzisiejsza, a właśnie dlatego znakomita. Spotkanie z twórczością Żeromskiego – dla jednych kompletna porażka, dla mnie jak zwykle wyjątkowe.

Warto dodać, że pierwsza wersja powieści została mocno oczyszczona z nieodpowiednich kawałków:
"[...] wariant Urody życia, który dotarł w 1912 roku do Warszawy, był pozbawiony wypowiedzi o prześladowaniach wyznaniowym unitów, o powstaniu styczniowym, o paraliżującej wszelką inicjatywę działalności rządu w dziedzinie oświaty i kultury, o praktykach administracji zaborcy [...]"[3].





[1] K. Zapałowa, „Uroda życia” – problematyka – dzieje tekstu i edycji, w: S. Żeromski, Uroda życia, Kielce 1989, s. 15.
[2] Tamże, s. 17-18.
[3] Tamże, s. 12.

niedziela, 28 lutego 2016

Andrzej Koraszewski, "Wszystkie winy Izraela. Listy do innej Pani Z.", Wydawnictwo Błękitna Kropka, Nysa 2016.


Wszystkie winy Izraela. Listy do innej Pani Z., pisane na wzór Listów do Pani Z. Kazimierza Brandysa, skierowane pierwotnie do Agnieszki Zagner, autorki blogu Orient Express, a następnie zebrane w całość, czyta się (sądziłam, że nigdy nie użyję tego sformułowania wobec książki niebeletrystycznej) jednym tchem. Celem Andrzeja Koraszewskiego było udowodnienie, że Izrael jest zagrożony, że dominujące ukazywanie tego maleńkiego kraju jako synonimu "wszelkiego zła" to błąd wynikły z niewłaściwego działania polityków, mediów i zwykłych ludzi, błąd wynikły również z ciągle trwającej nietolerancji wobec Żydów. Mieszkańcy Izraela stali się ruchomą tarczą, do której można strzelać słownie, i nie tylko, bez ponoszenia konsekwencji. Cel właściwie doskonały, ponieważ słaby, skoro występuje przeciwko niemu aż tylu, a jednak potrafiący się bronić. Ta wredna pchła – antysemityzm, wciąż jeszcze zagrzewa sobie miejsca w cieplutkich łóżkach współczesnych; za jej pomocą, za pomocą jadu wypluwanego w zdaniach można wzbudzić zapał innych do zwalczania Żydów, ponieważ czasami wydaje się, że choroba o nazwie „antysemityzm” zatacza coraz szersze kręgi. Począwszy od kręgów organizacji terrorystycznych. Andrzej Koraszewski koryguje niewłaściwie przedstawiany wizerunek Izraela, stawiając w jego miejsce zupełnie odmienny, pozytywny obraz; wskazuje, że wszystkie oskarżenia rzucane w stronę tego państwa graniczą z grubą przesadą. Spoglądając na wszystkie winy Izraela, często zapomina się o o wiele większych winach innych państw, a jednocześnie dopomaga się w niszczeniu kraju ludzi, których wyeliminowanie tak doskonale zaplanował Hitler, zaś przedstawiciele „politycznego islamu” stają się niejako jego kontynuatorami. To mało; między „wybranymi”, pałającymi chęcią zniszczenia innowierców, wybuchają nawet spory, kto ma podjąć się tego zadania, kto jest bardziej godny. Aż niewiarygodne, do czego może posunąć się człowiek owładnięty pragnieniem wypełnienia idei, którą uznał za nakaz Boga. Aż nieprawdopodobne, że to nie tylko przeciwnicy innowierców, ale również obywatele innych państw kumulują w sobie takie pokłady nienawiści, wciąż jeszcze uznając Żydów za ludzi niższej kategorii, właściwie nie wiadomo z jakiego powodu. Każdemu z owych niby-nieantysemitów, aczkolwiek niechełpiących się tolerancją wobec Żydów, należałoby postawić tylko jedno, zasadnicze pytanie: „Co takiego zrobił naród żydowski, że zasłużył na pogardę?”. Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Koraszewski chyba nawet go nie zadaje, raczej stwierdza fakt. Można dodać przypis, że to przesada, ciężkie nadwyrężanie faktów, przecież jesteśmy tolerancyjnymi Polakami, przecież nie ma wśród nas antysemitów. Naprawę? Jak wobec tego odebrać słowa Katarzyny Mousy:

Pod filmem z napisem wypowiedzi egipskiego duchownego Mahmouda al-Masriza zatytułowanym „Ani jeden Żyd nie zostanie na Ziemi” polska internautka Katarzyna Mousa pisze:
„Mam nadzieję, że doczekam się tej pięknej chwili” (s. 250).

Przyznam szczerze, nie wierzyłam własnym oczom w to, co przeczytałam.
A może dodatkowo warto wejść na blog Orient Express i przyjrzeć się bliżej niektórym zamieszczonym na nim komentarzom. I może dla lepszego zobrazowania problemu, choć nie wiem, czy warto, przypomnę za Koraszewskim, że „uczymy się naszej polskości od Żyda” (s. 211). Chyba nazwisko Julian Tuwim (m.in. Tuwim) nie jest nam obce. Coś na temat antysemityzmu powiedział również swego czasu Tadeusz Mazowiecki:

Antysemitów wśród nas nie ma. Nikt, poza jednym czy drugim fanatykiem, do takiej nazwy dziś się nie przyzna. Zawsze zresztą ludzie łagodni i dobrzy mówili: „Antysemitą to ja nie jestem, potępiam tego rodzaju postawę… ale ci Żydzi” (s. 11).


Tak, nasza wspaniała tolerancja inności nie zna granic…
Wolność słowa tymczasem znacznie przekracza dozwolone granice, a komentujący internauci zdają się nie mieć pojęcia, że wolność słowa nie polega na obrzucaniu innych błotem, że wolność słowa nie równa się mowie nienawiści, że rolę naczelną pełni prawda.

Surfując po internecie, mamy wrażenie, że wszyscy nienawidzą wszystkich za wszystko. Bulgoczące emocje pojawiają się  w dyskusjach na wszelkie tematy. Słowo „dyskusja” wydaje się w odniesieniu do internetu nadużyciem. Nie może być mowy o dyskusji, kiedy mamy do czynienia z rozwrzeszczaną zgrają. Na internetowych stronach wielu nauczycieli akademickich panuje atmosfera wiecu (s. 249).

Także na stronach poruszających problem konfliktu arabsko-izraelskiego[i].
Autor jasno pokazuje, jak krzywdząco traktowany jest Izrael, na co dowodem są chociażby wskazane przez Koraszewskiego setki wydanych przez agendy ONZ rezolucji krytykujących to państwo, chwilowe zaprzestanie udzielania pomocy medycznej przez Światową Organizację Zdrowia na terenie Izraela, w celu „potępienia niedostatecznej troski Izraela o zdrowie ludności arabskiej”, odmowa pomocy dla Izraela ze strony Europy w walce przeciw wrogom, podawanie błędnych wiadomości, stawiających ten mały skrawek Ziemi w złym świetle i tylko incydentalne sprostowywanie faktów. Z drugiej strony akty terrorystyczne, dokonywane przez tych, którzy z wielką chęcią usuną Izrael z mapy świata; gotowe plany zagłady już spoczywają w ich głowach, podobnie jak plany podłożenia nogi Ameryce, jej również z przyjemnością dadzą popalić. Tymczasem nie kto inny, jak właśnie państwa demokratyczne (czy nieświadomie?) wspierają działania organizacji terrorystycznych (s. 183). A przecież to właśnie islam w najbardziej skrajnej postaci; jego wyznawcy nie poprzestają na zabijaniu innowierców, równie dobrym celem muzułmanina-samobójcy jest  drugi muzułmanin, zdawałoby się nieinnowierca (s. 156). W Gazie uczy się dzieci nienawiści i zabijania, hoduje się przyszłych samobójców, choć „Solidarni z Palestyną”, jak i dziennikarze prestiżowych pism  ponoć nie mają o tym zielonego pojęcia (s. 63). 
Wciąż giną ludzie; po ataku terrorystycznym w Paryżu na Facebooku pojawiało się wiele wyrazów solidarności z rodzinami ofiar, z ofiarami, wiele wyrazów współczucia, niejedna osoba na swoje zdjęcie profilowe wprowadziła francuską flagę, nie raz powtarzano: „Wszyscy jesteśmy Francuzami”. To bardzo dobrze, mieliśmy dowód, że naród francuski nie jest sam w obliczu poważnego zagrożenia, ale co z innymi narodami, ktoś poda im dłoń? Czy ktokolwiek kiedykolwiek pomyślał: „Wszyscy jesteśmy Izraelczykami?”, czy ktokolwiek pomyślał w ten sposób o mieszkańcach innych, nieeuropejskich państw? „Ich bin ein Zionist?’ [syjonista w znaczeniu „człowiek, który uważa, że Żydzi mają prawo do własnej ojczyzny”] (s. 183).

Ani ona [kanclerz Merkel], ani politycy z jej rządu nie wyłamują się z chóru potakiwaczy organizatorom otwartej nagonki na Izrael, nie protestują przeciwko finansowaniu organizacji terrorystycznych z budżetów państw demokratycznych i współpracują przy wspieraniu systemów edukowania do nienawiści (s. 183).

Koraszewski szczególnie uwypukla politykę Baracka Obamy, który, zdaniem autora, poprzez kolejne posunięcie jakby „przyzwalał na działania ludobójcze”.
To trudna, brudna strona polityki, prawda, która według Koraszewskiego nigdy nie leży pośrodku, przywoływane przez niego argumenty sprawiają wrażenie tak wiarygodnych, że aż ciężko uwierzyć, jak odmienny (fałszywy?) obraz Bliskiego Wschodu serwują media. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że autor pała wielką sympatią do Żydów, a jednak on sam podkreśla, że nie jest ich miłośnikiem, nie towarzyszy mu „niechęć do cienia jakiejkolwiek krytyki pod adresem Izraela”, uważa po prostu, że Izrael, jak każde inne państwo, ma prawo do obrony własnych mieszkańców, mur bezpieczeństwa to element w tym wypadku absolutnie  niezbędny. W tym kontekście warte uwagi stają się słowa Benjamina Netanjahu:

W dniu, w którym Arabowie odłożą broń, nastanie pokój, w dniu, w którym Izraelczycy odłożą broń, przestaną istnieć (s. 25).

Koraszewski przybiera momentami sarkastyczny, ironiczny ton, jego listy, choć pisane na bardzo poważne tematy, chwilami przypominają niezwykle intrygujące felietony, naładowane wieloma ciętymi zdaniami i nie mniejszą ilością pytań skierowanych może nie tylko do Pani Z., ale wydaje się, że do każdego czytelnika. Niekiedy odnosi się wrażenie, że Koraszewski stosuje taktykę polegająca na ośmieszaniu niesłusznych, jego zdaniem, tez, a tym samym podkreśla prawdziwość własnych.
Autor nie ucieka od dygresji, po drodze ocieramy się m.in. o takie nazwiska jak Kołakowski, Herling-Grudziński, Janusz Korwin-Mikke, ojciec Tadeusz Rydzyk czy wspomniany Julian Tuwim.

Szczególnie poruszające wydaje się świadectwo Kasima Hafeeza, który, wychowany w wierze muzułmańskiej i w nienawiści do Izraela, zrozumiał, że szedł niewłaściwą drogą, a kamieniem węgielnym dla jego przemiany stała się książka Alana Dershowitza The Case for Israel (186). Hafeez miał odwagę powiedzieć: „Jestem syjonistą, dumnym muzułmańskim syjonistą” (s. 184).

Książka Koraszewskiego odgrywa ważną pozycję na półce książek traktujących o współczesnej  polityce. Jak twierdzi sam autor, nie każdy musi się z nim zgadzać, nie każdy będzie zachwycony tym, co znajdzie w listach, nie każdy pokiwa głową i stwierdzi, że ma do czynienia z prawdziwym obrazem, ale może warto na chwilę zmierzyć się z rzeczywistością zaprezentowaną we Wszystkich winach Izraela.  
Prawdopodobnie, niestety, książka nie stanie się przyczyną cudu i nie doprowadzi do tak bardzo wypatrywanego prawdziwego międzyludzkiego dialogu, a szkoda, lecz może skłoni choć niektórych do uznania, że Żydzi to zwyczajni ludzie.       
Może zachęci do włączenia funkcji umysłu, którą nazywa się „myśleniem”, ale myśleniem nieopartym na stereotypowym postrzeganiu naszego tu i teraz. Proponuję rzucić w niepamięć słowa: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś…”, nawet nie warto kończyć tego hasełka, które zbyt mocno kojarzy się z jakimś egoistycznym dbaniem wyłącznie o samego siebie. Obok też ludzie chcą żyć, czując, że są szanowani. Mam nadzieję, podobnie jak Koraszewski, że książka Wszystkie winy Izraela "okaże się inspiracją do dalszych poszukiwań i krytycznego sprawdzania jej treści".      



[i] Autor wyjaśnia, że konflikt ten „został przerobiony na konflikt izraelsko-palestyński”.

wtorek, 23 lutego 2016

52 książki

Zmarły niedawno Umberto Eco uważał, że: "Kto nie czyta, w wieku 70 lat może powiedzieć, że przeżył tylko jedno życie. Kto czyta, przeżył 5 tysięcy lat". Ten cytat coraz częściej obija mi się o uszy. Niestety, z całym szacunkiem dla śp. Umberta Eco, muszę stwierdzić, że mimo setek (o ile nie większej liczby) przeczytanych książek nadal przeżywam jedno i to samo życie. Choć nie wykluczam, że... zdarzy się drugie.

Niedawno natrafiłam na akcję promującą przeczytanie przynajmniej 52 książek rocznie. Nie przeczę, dość wysiłkowe zadanie: 

52 książki to inicjatywa czytelnicza. W założeniach – bardzo prosta. Zachęcamy do przeczytania 52 książek w ciągu jednego roku. Szybki rachunek sugeruje, że należy przeczytać jedną książkę tygodniowo. To jak – dasz radę? Czytaj, zacznij już dzisiaj! (http://52ksiazki.pl/o-inicjatywie/)

Niestety, nie dam rady. 
Zastanawiam się, jaki jest cel czytania tych 52 książek; trafienie do Księgi rekordów Guinnessa niezbyt mnie interesuje, żeby nie powiedzieć, że nie interesuje mnie w ogóle; wolę jedną książkę nad sto innych, jeśli tylko ta książka jest warta poświęconego jej czasu, a po moich ostatnich przejściach z książkami, porzuconymi na środku stronic, uważniej dobieram repertuar. Nie przekonał mnie ani tak wychwalany Cień wiatru Carlosa Ruiza Zafona, ani Niewinni Iana McEwana. A jednak, jak informują pomysłodawcy akcji 52 książki, plusów zbierze się niemało:

większa kreatywność
szersze horyzonty myślowe
dobry sposób na spędzenie wolnego czasu
większy zasób słownictwa
lepszy warsztat pisarski
przyjemność
nowi znajomi – inni czytelnicy
zadowolenie z siebie  
notka do pola „zainteresowania” w CV :] (Nie jestem pewna, czy ewentualnych przyszłych pracodawców zainteresuje, że pochłonęłam aż 52 książki, a czy to była Królewna Śnieżka, czy Krzyżacy... mniejsza z tym).  

Przekonuje mnie jedynie punkt 2, 3, 4 oraz 6, przy czym przy punkcie drugim dodałabym przypis: o ile dana książka będzie w stanie poszerzyć horyzonty myślowe, bo z tym często krucho.  
Weźmy takiego Kubusia Puchatka. W drugiej klasie szkoły podstawowej (o ile mnie pamięć nie myli) ta książka była jedną z naszych lektur szkolnych. Zaczynam czytać, pierwsza strona, druga, świetne... to jest wprost niesamowite! Na trzeciej szło już pod górkę, narrator nieco przynudzał, bo ile można nawijać o jednej Mruczance. Po jakimś czasie stwierdziłam, że Kubuś Puchatek stanowczo nie dla mnie, i tym sposobem nie przeczytałam pierwszej zadanej lektury, (zresztą, drugiej chyba też nie, bo nie można było jej nigdzie wypożyczyć). A strach pomyśleć, na ile niezajmujących książek  można by trafić i męczyć się tygodniami (chociaż nie twierdzę, że każdego nudzą te same książki, i nie twierdzę, że Puchatek nie ma fanów, a może nawet dzisiaj wzbudziłby mój zachwyt). A skoro już jestem przy lekturach, kolejną zadaną, nieprzeczytaną przeze mnie był Robinson Cruzoe, ale akurat tę pominęłam tylko dlatego, że miałam inną sztukę na pulpicie. A potem chciałam zostać Robinsonem Cruzoe, ale... niestety, szlag trafił bezludne wyspy i nie wyszło.

W każdym razie wszystkim mierzącym się z 52 książkami życzę powodzenia (uff... chciałabym zobaczyć, jak dokonujecie w pocie mózgu tego zadania), a tymczasem chyba wpadnę na Wyspę... od czasu do czasu. 






niedziela, 17 stycznia 2016

Wiesław Myśliwski, "Ostatnie rozdanie", Wydawnictwo Znak, Kraków 2013.


Ostatnie rozdanie Wiesława Myśliwskiego to historia człowieka, który właściwie wszystko, co miał do przeżycia, przeżył i spogląda na świat jak na czarno-biały film z przeszłości, po której pozostały już tylko wspomnienia.
Powieść Myśliwskiego to opowieść o porażce życiowej, o przegranej zarówno na linii osobistej, jak i artystycznej, błędem może byłoby powiedzieć "zawodowej". Główny bohater, wracając do zdarzeń sprzed lat, do zdarzeń przedostatnich (nie wiadomo, jakie były ostatnie), w swoim spokojnym monologu, przerywanym przytaczanymi dialogami, rysuje panoramę własnego życia, a przede wszystkim uświadamia, że poczucie braku własnej wartości, strach to wrogowie osobiści, którzy za jednym zamachem skutecznie dopomagają w odrzuceniu własnych marzeń, w rezygnacji z walki o szczęście. Nagle, na końcu życia, ważniejsi niż teraźniejszość, niż żywi stają się umarli albo nieznani, których adresy zostały starannie zanotowane w rozpadającym się, połączonym gumką notesie, ponieważ zajęcie się nimi, wertowanie katalogu pamięci w celu znalezienia właściwej wtyczki, z którą można połączyć danego osobniku, gdzieś kiedyś napotkanego lub nienapotkanego, pomaga choć do pewnego stopnia zapomnieć o popełnionych błędach, o własnej bezradności wobec ogromnej dawki istnienia. A niewłaściwe kroki, mocno skrywane, wychodzą na  jaw gdzieś w drugiej części książki, gdzieś w nie do końca jasno określonym momencie życia, gdy może jeszcze nie za późno na naprawę… do czasu.

Zaczyna drażnić, jak można tak spokojnie opowiadać o młodości, o sprawach błahych, o  wszystkich przeszłych ważniejszych i mniej istotnych, zarysowanych nawet w szczegółach, wydarzeniach, wracać do ludzi z notatnika, skreślać ich i na nowo próbować odnaleźć w przeszłości, i zarazem być na skraju przepaści, nie mieć albo skrywać się przed deską ratunkową, umiejętnie pomijać możliwość pochwycenia jej.
Strach przed światem wypływa już gdzieś na początku powieści, gdy bohater jakby mimochodem zastanawia się, czymże można być „wobec takiej kwitnącej ulęgałki” – rozkwitłej gruszy. Właściwie marność nadana swojemu życiu, a przede wszystkim bierność, bezradność już tutaj zaznaczyła swoje znamię.
„Zatopiony w jej kwitnieniu [gruszy] miałem wrażenie, że to ona wyznacza mi miejsce na strychu przy oknie, a może w ogóle w przestrzeni życia” (s. 40), bo przecież w tej przestrzeni można upaść, więc lepiej nie schodzić na dół. A tego bohater prawdopodobnie boi się najbardziej, że jego malarstwo będzie pomyłką, że miłość minie, a może po prostu uschnie… Choć powód skreślenia tych dwóch rzeczy w zasadzie tłumaczy inaczej: co do pierwszej sprawy, sprawy własnej sztuki: „chciałem uwierzyć, ale nie pozwolono mi”. Na co jego rozmówca daje ciętą odpowiedź:
„To pan nie wie, że wszystko służy temu, żeby nie pozwalać? Nawet wolność jest do tego wykorzystywana, żeby nie pozwalać. Wyobraźnia zawsze musiała mieć licencję od jakiejś władzy, takiej, innej. Nie tylko tej na szczytach, także tej maciupeńkiej władzy mikrobów. Niewykluczone zresztą, że w każdym człowieku siedzi taki mikrob i popiskuje, nie pozwalam” (380-381).
Co do drugiej, uznał, że nie jest wart Marii, choć sam zadaje sobie pytanie, właściwie retoryczne: „…czy da się czymkolwiek zapełnić życie, gdy nie stać człowieka na miłość”. Wie, że nie, ale go nie zapełnia; chowa po kieszeniach, szufladach listy od wciąż czekającej kobiety, nie odważa się nawet wejść do jej dawnego mieszkania, bo znów znajduje dla siebie co najmniej klika świetnych wyjaśnień, usprawiedliwień, jak gdyby obawa stanowiła usprawiedliwienie. Nazwalibyśmy to głupotą, łatwo wszystko nazywać po imieniu. A tych imion tysiące, z zatartymi już twarzami, z nie takimi jak dawniej budynkami, z zestarzałymi ludźmi, z pozmienianymi ulicami, samochodami, przyzwyczajeniami, może została jedna niezmieniona gra w karty z szewcem, choć też końcowa. Tymczasem narrator ucieka nie tylko od miłości, ucieka od kolejnych mieszkań, od kolejnych kobiet, ucieka pewnie najbardziej od siebie, a tym samym tragizm jego życia to coraz mocniej pogłębiająca się jama, której rany się nie zrastają. Ale skoro je ma, powinien dostać medal, wszak „rany wywyższają człowieka, bo to jakby medale, a któż by nie chciał mieć medalu?” (s 42). Nasz bohater może sobie go już przypiąć, choć nie za walkę w obronie ojczyzny.
„Gdy samo istnienie co dzień boli, obojętnieje człowiek i na ruiny. Postanowiłem się jednak zmierzyć ze swoją pamięcią, na ile zachowała jeszcze jakiś sentyment do dawnych lat […]” (152) – to jednak odwaga.
Istnienie boli, przeraża podobnie jak prawda Ostatniego rozdania, kiedy czytelnik uświadamia sobie, jak łatwo przegrać życie. I to jest niesamowite, i straszne.

Pewna analogia powieści rysuje się w prezentacji postaci drugoplanowych, niemal każda z nich prowadzi zawarty w którymś z dialogów, w którymś ze przytoczonych zdarzeń monolog, wygłasza stronicowe mowy: począwszy od konduktora, matki, szewca, poprzez sekretarkę czy samą Marię, jak gdyby wszyscy przyszli się wyżalić do najlepszego w świecie słuchacza, niespełnionego malarza, który nikogo nie obwini, nie oceni, otrzymuje za to rolę psychologa amatora, rolę kogoś, kto cierpliwie wysłucha każdej historii, przytaknie, aczkolwiek sam najczęściej nie spieszy z wielozdaniowymi odpowiedziami, nie rekompensuje się równie długimi wypowiedziami, chowa swoje cierpienie, a najczęściej milczy i zaznacza swoją obecność jedynie jako pierwszoosobowy narrator, cichy, nieoceniający, na pozór z niespotykanym opanowaniem przyglądający się własnej przeszłości poprzez wylewane na papier myśli.