
Bernard nie tyle rozwiązuje dylemat przyjaciela, ale doprowadza
do jeszcze większego zawikłania spraw. Tytułowe zaufanie, jakim darzą się dwaj Amerykanie, wkrótce zostaje wystawione na próbę, a na odpowiedź na pytanie, czy przyjaźń dwóch młodych obieżyświatów
przetrwa, trzeba cierpliwie poczekać.
Prawo dżungli jest aktualne i na terenach niezalesionych,
jak powiedział albo napisał Mieczysław Michał Szargan, ale nie w tym wypadku.
Henry James stawia na pierwszym miejscu dialog; w jego powieści nikt nie
posunie się do rozróby czy do walki na śmierć i życie. To nie te klimaty. James
przenosi na papier opis stosunków międzyludzkich, do którego przed nim w pisarstwie
uciekały się kobiety.
W zasadzie niepewność i niejasność dominuje (co natychmiast skojarzyło mi się z filmem "Pokój z widokiem" Jamesa Ivory - podobne czasy, podobne sytuacje). Niepewne i
niejasne są uczucia niemal wszystkich najważniejszych postaci. Począwszy od
Bernarda. Trudno dociec, co naprawdę sądzi o
Angeli ten ironista, co świat traktuje jak przyjęcie, na którym można się nieźle zabawić, obserwując tego i owego:
„Rozmawiając z przyjaciółmi, nieraz skrzył dowcipem, lecz
śmiałbym twierdzić, że najlepsze kąski zachowywał na własny użytek. I wcale nie
działo się tak z pogardy dla rozumu współbraci: po prostu własne towarzystwo
stało się dlań większym bodźcem niż towarzystwo innych ludzi. Mimo to nie
lubował się w samotności; przeciwnie, był nader towarzyską bestią”.
I właśnie nad tą towarzyską bestią trzeba pochylić się najbardziej, żeby w
końcu uznać, że uczucie, które odkryła mniej więcej na powieściowym finiszu,
otrzymało swój początek już w pierwszym rozdziale, aż mniej cierpliwi mieliby
prawo krzyknąć: „No i nie można było tak od razu? Zamiast ciągnąć wątek i
uzupełniać go dodatkowymi?!”.
Można było, ale gdyby wszyscy natychmiast wszystko rozumieli,
życie ziałoby nudą, a co dopiero powieści...
Nie mniej zawikłaną postacią niż Bernard jest Gordon. Żaden
z niego romantyk; na pierwszym miejscu stawia rozum, a i tak w którymś momencie
uznaje, że dokonał niewłaściwego wyboru. Najważniejsze stało się dla niego
rozpracowanie kandydatek do przybrania jego nazwiska i wybranie takiej, która
wzbudzi podziw nie tylko jego, nie tylko Bernarda, ale całej otaczającej społeczności.
Chce się żenić, ale broń Boże zakochać. W życiu na ogół bywa odwrotnie. Tymczasem
Gordonem rządzą specyficzne poglądy, chociaż nie tak bezpodstawne, jak mogłoby
się wydawać:
„Chcę ożenić się, mając oczy otwarte. Chcę znać moją żonę.
Nie sposób kogoś poznać, gdy jest się zakochanym. Człowiek ma klapki na
oczach”.
No właśnie, a Gordon ma podwójne, albo i potrójne klapki, co
łatwo zauważyć w końcowej fazie powieści.
Za to na pewno nie ma klapek na
oczach Angela, i choć skomplikowana, rozgryza sytuację jak królik marchewkę, na
kawałeczki i bezbłędnie. To postać robi za rozważną, a nawet wszechwiedzącą.
Pozostaje nieco przewrotna Blanche, ponoć bezużyteczna. Jest
tym, „co Francuzi zwą bibelotem”. Potrafi mówić 24 godziny na dobę i
zabawiać towarzystwo, ale i przy niej pojawiają się znaki zapytania.
Tak więc komplikacja goni komplikację. Henry James
pozawieszał na ścianach psychologiczne portrety i uwikłał z nich powieść, która,
choć liczy właściwą – jak na powieść – ilość stron, wydaje się jakby opowiadaniem.
Bohaterowie są w niej podróżnikami, podobnie jak James był nim przez całe
życie. Mężczyźni i kobiety bywają (na salonach), składają zapowiedziane i
niezapowiedziane wizyty i rozmawiają. Ci pierwsi szukają wrażeń albo żon, bo majątek
oczywiście odziedziczyli, a te drugie mężów, najlepiej z majątkiem, najlepiej z
dużym majątkiem - może być odziedziczony.
Fani prozy Jamesa powinni obowiązkowo zajrzeć do „Zaufania”,
bo to rzecz wciągająca i warta poświęcenia jej czasu, ale nie gwarantuję, że ta po raz pierwszy przetłumaczona
na język polski powieść wywoła u nich to samo wrażenie, co niezapomniany
„Portret damy”.